Mała ja
Od zawsze byłam osobą bardziej uduchowioną od mojego otoczenia. Niegdyś uważałam to za coś dziwnego i nie poprawnego, gdyż nie potrafiłam przez wiele lat znaleźć nikogo kto podzielałby mój punkt widzenia, moje przemyślenia czy uczucia których doznawałam. Muszę zaznaczyć, że duchowość nie odpowiada jedynie katolickiej wierze i poświęceniu się dla kościoła, wręcz przeciwnie, nie raz dotyczy ona zupełnie czemuś przeciwnemu. Jak podaje definicja, jest to o zespół postaw, przekonań, stanowisk wobec kształtujących określoną formę życia rzeczywistości — Boga, świata duchów, świata człowieka, przyrody, a szerzej wszystkich przejawów bytu czegoś ''więcej''. Czyli chodzi o odczuwanie więzi duchowej z naturą, czy jakimś zjawiskiem, postrzeganiu rzeczy z większą głębią, a nie tylko obrazem fizycznym, o otwartość umysłu na różne poglądy i teorię dotyczące wiary, wszechświata i ogólnie życia. Z tym właśnie się wiązała, a raczej wciąż wiąże moja duchowość. Jednak bardzo późno zaczęłam się z nią utożsamiać i ją przyjmować, ze względu na otoczenie które zupełnie mnie nie rozumiało, tłamsiłam ją w sobie i chciałam za wszelką cenę zwalczyć. Przez to odstawałam od rówieśników, a problemy domowe nie ułatwiały, być może w dużej mierze to właśnie one były przyczyną otworzenia się mojej duchowej natury. Gdy świat fizyczny nie był taki jakiego oczekiwałam, to uciekałam w świat który zaspokajał jakąś część mnie, oczywiście wiązało się to często w zacieranie się świata realnego od tego wyimaginowanego. Tą stronę siebie zawsze ukrywałam przed innymi, dzieci w każdym wieku bywają okrutne, a rodzice mało kiedy okazują wyrozumiałość, więc kiedy robiło się w życiu ciężko, a bywało i to nie raz, to uciekałam w magię, chciałam za wszelką cenę wierzyć, że istnieje inny świat niż ten obecny, świat w którym będę się lepiej odnajdywać i do którego muszę jedynie odnaleźć drogę. Interesowałam się już od najmłodszych lat okultyzmem, zjawiskami paranormalnymi, magią żywiołów i czarostwem - czyli wszystkim co odstawało od rzeczy przyziemnych i co sprawiało, że szara rzeczywistość miała głębszy, ukryty sens. Wiedziałam, że nie jestem jedyną osobą na świecie mającą takie zainteresowania, bo liczba stron i blogów na te tematy już w tamtych czasach była obszerna, jednak zdecydowanie byłam jedyną ze swojego otoczenia. Chociaż w czasach wczesnej podstawówki miałam koleżankę z którą wywoływałyśmy duchy, czy nagrywałyśmy horrory, jednak jej podejście do tych spraw znacznie różniło się od mojego, wówczas takie zabawy było czymś popularnym wśród dzieci i młodzieży, lecz była to dla nich jedynie chwilowa rozrywka, za to dla mnie to były prawdziwe poszukiwania dowodów na życie pozaziemskie. O ile nie jest niczym dziwnym i niepokojącym, iż dziecko wierzy we wróżki i jednorożce, oraz bawi się w przebraniu swoich ulubionych bohaterek fantasy, to nastolatka która niebawem w świetle prawa będzie osobą dorosłą, a która wciąż czeka na list z Hogwartu, jest już nieco zastanawiające. Nie zaprzeczę, było to nie zdrowe zachowanie i raczej nadawało się na przepracowanie na terapii, którą swoją drogą przeszłam. O ile początkowo uznawałam swoje zachowania jako zwyczajnie dziwne, to z wiekiem, a szczególnie właśnie w trakcie terapii, zaczęłam bardziej przychylnie na siebie patrzeć i pozwoliłam sobie na większą wyrozumiałość. Zrozumiałam, że moje zainteresowania i postępowania były wynikiem burzliwego dzieciństwa, a później ciężkich lat nastoletnich i są czymś w zupełności normalnym w takiej sytuacji, a usłyszenie tego od innej osoby było mi bardzo potrzebne do zaakceptowania tego stanu. Może dla lepszego przedstawienia sytuacji, przybliżę co było moim problemem, otóż przeszkadzały mi najbardziej epizody których doświadczałam na przestrzeni kilkunastu lat, przykładowo - pół roku skupiałam się na rzeczach typowo ludzkich i materialnych i z dnia na dzień potrafiła ogarnąć mnie nagła potrzeba zainteresowania się magią, okultyzmem, czy innymi dziedzinami związanymi z życiem bardziej duchowym. Czytałam książki, artykuły, oglądałam filmy o tej tematyce, przesiadywałam w lasach i na łąkach, nawet późną nocą, aby być bliżej natury, gdyż to sprawiało mi nie zrozumiałą ulgę i przyjemność i to z kolei też trwało kilka tygodni, po czym jak ręką odjął przestawało mieć to dla mnie znaczenie. Jednak gdy taki epizod trwał to bardzo często docierało też do mnie, że to w co wierze, mimo, że bardzo chciałam, nie będzie rzeczywistością w której żyje, nie jest prawdziwym światem i nigdy nie będzie. Mówię tu o takim typowym świecie fantasy z różnorakimi istotami typu elfy, syreny czy wróżki. Myśli o tym, że to są jedynie moje marzenia były tak bardzo nie do zniesienia, że popadałam w rozpacz, po czym jeszcze głębiej zanurzałam się w swojej wyobraźni. Z perspektywy czasu wiem, że te epizody były oczywiście ucieczką w trudnych chwilach, ale były one bardziej prawdziwe niż pozostały czas. Nie trwały one nigdy dłużej niż kilka tygodni, gdyż współczesny świat dawał się za bardzo we znaki, trzeba było żyć w świecie obecnym, z rówieśnikami i sprawami przy ziemskimi, czy mi się to podobało czy nie. Na pewno duży wpływ też miało tu narzucanie wiary, które w naszym społeczeństwie jest czymś w sumie normalnym, a ja nie do końca się w niej odnajdywałam. Mimo, iż był okres w którym byłam bardziej przychylna kościołowi i spędzałam czas czytając Bibilę, to jednak czułam, że to nie jest moja bajka i że bardziej robię to by przypodobać się i dopasować do innych, ale również był to moment w którym po prostu bardzo pragnęłam odnaleźć drogę duchową. Jednakże, do czego dążę, teraz już wiem, że musiałam zrozumieć i zaakceptować siebie, ale przede wszystkim wyzwolić się z otoczenia które mnie przyduszało i nie pozwało być do końca sobą. Zapewne powinnam nad tym pracować dalej i na pewno są osoby którym podobne zachowania przeszkadzają i poddają je dalszej terapii, jednak dla mnie ten wątek został zakończony. Nie potrzebowałam dalej tego lustrować, wiedziałam skąd się to wzięło ale nie chciałam już z tym walczyć i stwierdziłam, że są rzeczy ważniejsze do przepracowania, a z tym już sobie dam radę. I tak zresztą było. Obecnie jestem w trakcie szukania swojej ścieżki zarówno życiowej jak i duchowej w której towarzyszy mi mój ukochany narzeczony, który mnie wspiera i przede wszystkim nie ocenia. Odzyskuje spokój duszy i upewniam się czym chcę się dalej kierować oraz w co na pewno nie wierzę, bo nie jestem jeszcze do końca pewna w co wierze, ale wykluczam wszystko to co nie ustaje w mojej głowie. Oczywiście pogodziłam się z faktem, iż zapewne nigdy nie spotkam nadprzyrodzonej istoty i nie zostanę syreną kąpiąc się o północy w misce z solą, jednak nie jest to już obecnie dla mnie problemem. Jest tak dużo ciekawych filmów czy książek, które są w stanie dostarczyć mi tego obrazu tyle ile potrzebuje, że nie uciekam już do swojego alternatywnego świata, choć po dobrym serialu nie raz odczuwam pustkę w sercu i ciężko się pozbierać. Jednocześnie cieszę się, że taka otwartość duchowa mnie spotkała, gdyż dzięki temu od najmłodszych lat uczyłam się kreatywności, otwartości na innych i wrażliwości. Dzięki temu nie jestem osobą o zamkniętym umyśle, a odpowiednim momencie nie wzgardziłam znakami kierującymi ku przebudzeniu. Jak daleko mnie to zaprowadzi? Nie wiem, nie wiem też co mi przyniesie, ale wiem, że dzięki akceptacji czuje się w końcu sobą i na swoim miejscu. Cieszę się, że mimo tylu odrzuceń nie pozbyłam się tej części siebie, która obecnie mnie definiuje i jest jedną z ważniejszych cząstek. Osobiście uważam, iż każdy człowiek w istocie kieruje się tym samym, pragnie wierzyć w coś co ukierunkuje jego dusze i myśli, za czym będzie podążał, w co będzie wierzył. Ten wpis może być nieco chaotyczny i może nie wszyscy go do końca zrozumieją, ale to tylko początek mojej drogi do momentu w którym stwierdziłam, że będę tu gdzie jestem, a mianowicie na tej stronie.
Serdecznie dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam cieplutko w nadziei, do kolejnego spotkania!
Komentarze
Prześlij komentarz